poniedziałek, 6 maja 2013

4. Chyba właśnie po tym można poznać ludzi naprawdę samotnych... Zawsze wiedzą, co robić w deszczowe dni.


Potrzebujemy ciszy. Potrzebujemy samotnych myśli, odbijających się od ścian naszej duszy. Potrzebujemy ciszy, żeby móc zatopić się w swoich marzeniach, w swoich wadach, zaletach. Potrzebujemy ciszy, żeby zatopić się w swoich pragnieniach. Potrzebujemy jej, żeby zrobić rachunek sumienia. Potrzebujemy, żeby kontemplować swoją osobę, zrobić sobie przyjaciela z samotności. Potrzebujemy.


Gorzej, gdy cisza zaczyna nam przeszkadzać. Gdy cisza zamienia się w nerwowe i niemiarowe tykanie zegara. Gdy minuty utkwione w ciszy zaczynają nienaturalnie przyspieszać lub spowalniać. Gdy zaczynają ciążyć niczym grzech. A w pewnym momencie cisza zaczyna przeszkadzać.


Mi teraz przeszkadza. Przeszkadza za każdym razem, gdy ktoś biegnie po schodach. Zawsze mam wtedy nadzieję, że usłyszę ciche przekręcanie klucza w zamku. Widzę wtedy Ciebie, takiego jakiego kocham najbardziej. Z zawadiackim uśmiechem, kilkudniowym zarostem, wesołymi iskierkami w oczach. I wiem, że kazałabym Ci się po raz kolejny wynosić ze swojego życia. Wiem,  że po raz kolejny udawałabym, że nic mnie nie obchodzisz. Wiem. Ale przynajmniej byłabym pewna, że o nas jeszcze pamiętasz, że interesuje Cię jeszcze to, co się z nami dzieje. To głupie. Wręcz irracjonalne z mojej strony, biorąc pod uwagę to, ile kartek z kalendarza wyrwałam od Twojej ostatniej wizyty.


Oswajam się coraz mocniej z tą samotnością. Oswajam się z myślą, że mimo wszystko na Twoją pomoc liczyć nie mogę. Dlatego cieszę się, że moje dziecko będzie miało aż tyle wspaniałych wujków i ciotek. Wiśnia pomalował ściany w pokoju maleństwa. Męczy się teraz ze złożeniem ślicznego białego łóżeczka, a jego Justyna pomaga mi układać dziecięce śpioszki w komodzie. Najbardziej bolesne jest to, że powinniśmy to robić wspólnie, ja i Ty, a nie nasi przyjaciele. To Ty powinieneś teraz siarczyście przeklinać uderzając się młotkiem w palec, to Ty powinieneś żartować, że maleństwo będzie najbardziej na świecie rozpieszczonym szkrabem. Ty, nie Wiśnia. I chyba to najbardziej mnie boli. Mimo tego wszystkiego, miałam nadzieję, że jednak nie odpuścisz.


- Ewa, a gdzie zamierzasz spędzić święta?- pyta Justyna.
- W sumie to jeszcze nie wiem. Chyba do rodziców pojadę. Chociaż szczerze, poważnie się nad tym zastanawiam. Dalekie podróże nie są wskazane w moim stanie. Zresztą oni jeszcze nie wiedzą, że nie jestem… No, że rozstałam się z Anto. Nie wiem jak zareagują na fakt, że ich najmłodsza córeczka zostanie panną z dzieckiem.
- To może przyjdziesz do nas? W sumie Łukasz nie dostał zbyt wiele wolnego, więc nie wracamy do domu. Przyjdzie do nas jeszcze kilka osób.
- Sama nie wiem… W gruncie rzeczy wole spędzić te dni z wami niż sama, ale… Czy Anto też będzie?
- Nie, on leci na dwa dni do Francji, do rodziców.
- Przyjdę.


Uśmiecham się delikatnie. Niby powinnam odetchnąć z ulgą, jednak poczułam się zawiedziona. Przez chwilę miałam nadzieję, że będę mogła zatopić się w Twoim spojrzeniu. Nawet przemknęło mi przez myśl, ze przez chwilę mogłabym udawać, że nic się u nas nie zmieniło, że nadal jesteśmy razem szczęśliwi. Potem znów wróciłabym do pustego mieszkania, założyłabym ciepłe kapcie na stopy i włączyłabym telewizor, żeby nadaremno próbować zagłuszyć ciszę. Później napiłabym się kakao, położyła w łóżku po swojej stronie i tempo wpatrywała się w tą pustą połówkę, która niegdyś należała do Ciebie. Tak, Anto. Mimo, ze nie ma Cię tu od kilku miesięcy, nasze łóżko nadal dzielę na moją i Twoją połówkę. Totalnie bez sensu.


Moi goście wychodzą, więc biorę spokojną kąpiel, wypijam kubek kakao i próbuję bezskutecznie zagłuszyć ciszę. Zasypiam zmęczona dzisiejszym dniem, rozmyślaniami, wspomnieniami. Zmęczona emocjami. Zmęczona brakiem ciebie. I tą ciszą, która przeraźliwie dudni w uszach.


Rano wstaję tęskniąc za smakiem przypalonej jajecznicy, którą zapewne byś mi podał. Biorę jedynie szybki prysznic, jem lekkie śniadanie i ubieram się w pośpiechu. Zdaję sobie sprawę, że płaszcz robi się stanowczo przyciasny i zapewne będę musiała naruszyć moje i tak zbyt szybko topniejące oszczędności, żeby zakupić nowy. Powoli zmierzam ku przychodni napawając się promieniami grudniowego słońca.  Wchodzę w końcu do budynku i zajmuję miejsce w kolejce. Cierpliwie czekam na wizytę przeglądając broszurki zachwalające działanie nowego preparatu i jego nieoceniony wpływ na rozwój płodu. W końcu pielęgniarka wywołuje mnie do gabinetu. Ostrożnie podnoszę się z krzesła i jakie jest moje zdziwienie gdy wbiegasz na korytarz z rozczochraną przez wiatr czupryną i przewieszoną przez ramię torbą treningową. Stajesz przede mną i delikatnie całujesz mnie w czoło.
- Przepraszam, że tak późno. Myślałem, że już nie zdążę – szepczesz spokojnie, po czym bez pytania ładujesz swój, bądź co bądź, nadal seksowny tyłek za drzwi gabinetu.


Bez słów wchodzę za Tobą ze sztucznym uśmiechem. Zdążyłeś już przywitać się po angielsku przywitać z lekarzem. On śmieje się, ze to miłe widzieć takie zaangażowanie u ojca. Myślałby kto. Gdyby tylko znał choć ułamek prawdy. Doktor Samiuk wypytuje mnie o samopoczucie, częstotliwość łykania witamin, po czym każe ułożyć się na kozetce w celu wykonania USG. Posłusznie układam się wygodnie, lekarz ustawia monitor w moją stronę i zaprasza Ciebie do wspólnego podziwiania naszej kruszyny. Po chwili przymykam powieki czując chłód żelu i delikatnie przesuwanie się głowicy ultrasonografu po moim brzuchu. Lekarz po kolei opowiada nam ze szczegółami o częściach ciała maleństwa.


- Panie doktorze, a czy wiadomo już jakiej… no, jakiej płci będzie nasze dziecko? – sama czuję się zszokowana Twoim pytaniem, bo i niby od kiedy Cię to obchodzi.
- Tak, myślę, że już mogę państwu powiedzieć. Pytanie tylko czy mama też chce wiedzieć.
- W sumie… - zaczynam się zastanawiać. I kiedy widzę Twoje błagalne spojrzenie skierowane w moją stronę, mam ochotę na złość Tobie odmówić, jednak ciekawość staje się silniejsza. – W sumie, chyba chcę.

Delikatnie zaciskasz swoją dłoń na mojej, jakbyś chciał wspólnie przeżyć tą chwile. Tak bardzo mi tego brakowało, ale w świetle tych wszystkich przeżyć staje się to wręcz niedorzeczne.

- W prawdzie jest dosyć wcześnie, jednak niemal z całą pewnością mogę stwierdzić, ze to dziewczynka.


Spoglądam w Twoim kierunku i widzę na Twojej twarzy szaleńczy uśmiech i obok niego dwie pojedyncze łzy. Cholera, Ty płaczesz i nie powiem, ale trochę to łamie tą lodową barierę, która się wokół mnie wytworzyła. Tego się po Tobie nie spodziewałam. Dziękujemy lekarzowi za wizytę, odbieramy receptę. Wychodzimy, a na Twojej twarzy widnieje głupkowaty uśmiech. I kto by kilka miesięcy temu w to uwierzył?


- Po pierwsze, kto ci powiedział, że dzisiaj tu będę. Po drugie, co się tak głupkowato śmiejesz.
- Powiedział mi dobry duszek. A cieszę się, bo będziemy mieli śliczną córeczkę.
- Nie szczerz się za długo. I powiedz Wiśni, że ma przewalone.
- Skąd wiedziałaś, ze to on?
- Bo tylko on mógł ci wypaplać. Anto, ale to nie może tak wyglądać. Nie możesz sobie pojawiać się z nikąd i udawać dobrego tatusia. Kiedy mała pojawi się na świecie, chciałabym zaoszczędzić jej sporadycznych spotkań z tobą i miesięcy oczekiwania na ciebie. Może po prostu lepiej będzie jeśli znikniesz. Nie chce, żebyś czuł się do czegokolwiek przymuszony. Nie chcę, żebyś czuł się do czegokolwiek zobowiązany. To ja podjęłam decyzję, ze urodzę i jestem gotowa ponieść tego wszelkie tego konsekwencje. Łącznie z całkowicie samotnym macierzyństwem.
- Ewa, ale ja chcę być przy was. Chcę ci pomagać. Ja sobie to wszystko przemyślałem. Pozwól mi być blisko.
- Zastanowię się, Anto.


Na dobry początek pozwalam Ci się odprowadzić do domu. Czuję się jak za starych, dobrych czasów. Jednak nie wiem, czy na pewno mogę Ci znów zaufać… Nawet jeśli bardzo tego pragnę.



________________________________________________________

Witam Was Kochane :***
Dziękuję Wam, że nadal tu jesteście, mimo, że ja jestem zarówno tu, jak i u Was tak rzadko. Niestety, ostatnio wszystko tak cholernie mi się komplikuje... Nie mogę obiecać Wam systematyczności, jednak obiecuję, że w każdej wolnej chwili coś napiszę ;)

Oczywiście dedykacja dla Kiki :*** Dzięki, że jesteś :)

Buziaki :***

niedziela, 24 marca 2013

3. Chciałabym móc wierzyć jego słowom. Niewiele by to zmieniło, ale przynajmniej nie czułabym się taka samotna.



Nic się w tych naszych czterech ścianach nie zmieniło. Od trzech miesięcy nie wypiłeś tu kawy, nie rozłożyłeś się z tymi swoimi długimi nogami na kanapie, nie pocałowałeś mnie w nos. Przez ostatnie 93 dni się tu po prostu nie pojawiłeś.


Czasem się zastanawiam, co się u Ciebie dzieje. Czy nadal przypalasz jajecznicę, krzywisz się na zapach cytryny i zostawiasz swoje ogromne buty na środku korytarza. Ciekawe, czy czasem myślisz o mnie. O nas. O mnie i swoim dziecku. Zastanawiam się też, kim dla Ciebie jest ona. Czy zasypia obok Ciebie. Zastanawiam się, czy właśnie wpatruje się w Twoje niebieskie oczy, szepcze Ci coś do ucha. Czy pozwalasz jej pić ze swojego kubka.


Rosnę. Cholernie szybko rosnę. W zasadzie rośnie nasze, rośnie moje dziecko, a ja razem z nim. Każdego dnia zastanawiam się, czy będzie podobne do Ciebie.  Czy, gdy będzie się uśmiechać, będą pojawiać się mu takie słodkie dołeczki w policzkach. Czy będzie miało ten cudownie błękitny odcień oczu. Twoich oczu.


Chyba powoli przyzwyczajam się do Twojego odejścia. Do pustej po Twojej stronie szafy, która straszy opuszczonymi wieszakami.  Do braku wielkich butów na środku korytarza, o które się zawsze potykałam. Czasem brakuje mi jedynie tego naszego przedrzeźniania się, kłótni o pierdoły, i Twojego zrzędzenia o tym, jak bardzo nienawidzisz zimy. A nienawidzisz jej, Anto. Nienawidzisz prawie tak mocno jak ja.


I teraz też jej nienawidzę, bo przyszła stanowczo za wcześnie. Mimo początku listopada pędzę przez miasto w brązowej brei, która jeszcze kilka dni temu była bielutkim puchem. Po kilku minutach jestem w mieszkaniu Wiśni, popijając gorącą herbatę z sokiem malinowym. Milczymy. Nie odzywamy się ani słowem, chociaż kiedyś nie zamykały się nam w swoim towarzystwie usta. To przez Ciebie, Anto. Mimo, iż Cię tu nie ma, to przez Ciebie zapadła miedzy mną a środkowym ta niezręczna cisza. Przecież on nie wie, co może mi powiedzieć, co mnie nie urazi, nie zaboli. A ja… Ja sama nie wiem, czy chciałabym na Twój temat cokolwiek słyszeć.


- Urosłaś – w końcu przerywa milczenie.
- Nie da się ukryć. Rośniemy. W zawrotnym tempie. Popatrz jak ja wyglądam. Normalnie zaczynam wyglądać jak ciężarówka. Już  chyba chciałabym, żeby było po wszystkim. Ale przede mną jeszcze ciężkich pięć miesięcy. Cholernie jeszcze długo.
- Dasz radę. Przecież dobrze o tym wiemy. Będzie dobrze, zobaczysz.
- Wiem, Łukasz, ale uwierz, że już cholernie mi ciężko. Samotne macierzyństwo nie będzie łatwe.
- A Rouzier? Dlaczego tak cholernie wzbraniasz się przed jego pomocą?
- Nie wzbraniam się. Uwierz, że nie. Po prostu to on dokonał pewnego wyboru. To on odszedł. Zostawił nas. Dla nas nie ma miejsca w jego idealnym życiu, więc dla niego nie będzie miejsca w naszym.
- Jesteś tego pewna? Na pewno nie chcesz, żeby był przy was?
- Nie chcę. Do kurwy nędzy, on chciał, żebym zabiła nasze dziecko!
- Wiem, powiedział mi o tym.
- Dziwne, że Pan 'Jestem Zajebisty w spód’ w ogóle się do tego przyznał – wybałuszam oczy na wierzch. Tego to ja się nie spodziewałam. -  Wiśnia, uwierz, że twój kumpel nie postąpił jak na mężczyznę przystało. Nie tak powinien się zachować. Ja rozumiem, że nie skakał z radości pod sufit, bo ja też na początku nie skakałam. Rozumiem, ze w pewien sposób go to zaskoczyło, może nawet przerosło, ale zrozum, że nie tak powinien się zachować. Mógł uciec, odejść, ale nie miał prawa proponować mi aborcji!


Łukasz kiwa tylko ze zrozumieniem głową. Między jego brwiami pojawia się zmarszczka, świadcząca o tym, że bardzo intensywnie nad czymś myśli. Widzę, że chce coś powiedzieć, ale chyba boi się mojej reakcji. Uśmiecham się do niego. potwierdzając tym, że może przecież zapytać mnie o wszystko.


- Ewa, a gdyby Anto chciał, gdyby jednak chciał do was wrócić?
-Nie. Stanowczo nie. Dla niego już nie ma miejsca ani w moim życiu, ani w życiu mojego dziecka.
- Ale mimo wszystko jest jego ojcem. Tego nigdy przed dzieckiem nie ukryjesz. Pomyśl, co będzie jeśli Antonin zjawi się za kilkanaście lat w jego życiu. Jak myślisz, do kogo ono będzie miało wtedy pretensje? Poza tym, nie możesz odbierać dziecku ojca.
- Masz rację, ale na szczęście ten francuski dupek nie ma zamiaru bawić się w szczęśliwego tatusia.


Sens słów Łukasza odbijał się przez cały czas o kości mojej czaszki. I chociaż Twoje imię nie padło z naszych ust już ani razu tego wieczoru, cały czas o Tobie myślałam. Tak jakby kilka liter stanowiących Twoje imię kłębiło się w kubku malinowej herbaty, jakby Twoją osobą posypany był wierzch słodkiej kremówki.


Opatuliłam się mocniej szalikiem i ruszyłam w stronę naszego, przepraszam, mojego mieszkania. Chciałam dziś uniknąć już zatłoczonych autobusów, korków, widoku uśmiechniętych par. Chciałam tak po prostu iść, nie patrzeć, sunąć w warstwie śniegu. Myśleć. Myśleć o Tobie, Anto. Chciałam po raz kolejny zadać sobie to samo pytanie. Pytanie, które zadawałam sobie od kilku miesięcy. Pytanie, które niczym drapieżnik wgryzło się w okolice mojej klatki piersiowej, które wysysało mnie. Moją duszę. Tak, Anto. Przez cały czas mam przy sobie to pytanie. Dlaczego wtedy mi to powiedziałeś, dlaczego kazałeś mi usunąć ciążę?


Pewno nigdy już nie pojawisz się w naszym życiu. Pewnie będziesz sobie gdzieś tam żył, zupełnie szczęśliwy. Będziesz czerpał garściami z życia, będziesz się beztrosko uśmiechał. Będziesz się bawił i śmiał. Będziesz spędzał bezsenne noce spędzone na zabawach w klubie, na uprawianiu beztroskiego seksu ze swoją blondynką, gdy ja nie będę spała, bo nasze dziecko będzie ząbkować. Będziesz swobodnie spacerował po parku, gdy ja będę uczyć nasze maleństwo jeździć na rowerze. Będziesz gdzieś daleko, gdy ja po raz pierwszy zaprowadzę nasze dziecko do szkoły. Tak Anto, Ty już nie wrócisz.


Jestem o tym przekonana nawet teraz, gdy przekraczając próg mieszkania czuję intensywnie rozchodzący się zapach Twoich perfum. Jestem tego pewna, nawet teraz, gdy potykam się w korytarzu o Twoje wielkie buty. Tak głęboko w to wierzę nawet teraz, gdy widzę Ciebie siedzącego z niepewną miną na naszej kanapie, a obok Ciebie stoi śliczny beżowy wózek. Tak bardzo w to wierzę…


- Możesz mi do cholery wyjaśnić co tu robisz Rouzier?
- Czekam na ciebie.
- Domyślam się. Możesz mi wyjaśnić po co?
- Ewa, ja sobie to wszystko przemyślałem. Wiem, ze wtedy popełniłem błąd. Wiem, że głupio powiedziałem. Wybaczysz mi?
- Rouzier, czy ja się kilka miesięcy temu wyraziłam niejasno? Czy powiedziałam to na tyle nieskładnie, że twój mózg nie zdołał tak prostego wyrazu nie zarejestrował? Spierdalaj Anto, spierdalaj z naszego życia.
- Ewa, ja wiem, że źle zrobiłem. Wiem, że popełniłem błąd. Pozwól mi być przy naszym dziecku. Pozwól mi być przy was.
 - Tatusiem chcesz być – powiedziałam słodko, na co Ty tylko przytaknąłeś swoim uśmiechniętym ryjem. Seksownym, ale nadal ryjem. – A gdzie ty do cholery Rouzier byłeś do tej pory, co? Gdzie byłeś, kiedy nie byłam w stanie przełknąć choćby łyka wody bez natychmiastowego zwrócenia? Gdzie byłeś kiedy ciąża była zagrożona, a ja leżałam w szpitalu? Gdzie kurwa byłeś, kiedy ja cię potrzebowałam, co?


Nie odpowiadasz. Stoisz zaciskając dłoń na rączce wózka. Stoisz cicho, jakby ktoś zaszył Ci usta. Masz minę, jakbyś zapomniał refrenu ukochanej piosenki, jakbyś zapomniał widoku słońca. Stoisz tu a w Twoich oczach pojawia się pustka, która ustępuje zmieszaniu, a następnie bólowi. Boli, Anto, prawda?


- Powiem ci gdzie byłeś. Spacerowałeś wtedy z nią po parku – nie da się ukryć, że słysząc ode mnie te słowa jesteś zdziwiony. – Więc idź sobie teraz, idź spacerować dalej, bo nam nie jesteś potrzebny.


Posłusznie kierujesz się do wyjścia. Po raz kolejny zamykasz za sobą drzwi, choć tym razem starałeś się uciszyć wyrzuty sumienia po ostatniej Twojej wizycie tu. Wyszedłeś, a obok mnie znów zapanował spokój. Cisza. Słychać tylko ciche buczenie lodówki i od czasu do czasu jakiś szmer w rurach. Nie ma Cię tu i zapewne już nigdy nie będzie.



Znów kazałam Ci odejść, choć tak bardzo chciałam Cię przy sobie zatrzymać, Anto.




______________________________________________________

Witam Was Pysie :***
Dziękuję Wam bardzo za to, że tu jesteście, za każdy komentarz tu dodany. 
Wracam powoli do normalności, nawet do regularności ;) i mam nadzieję, że tak już zostanie ;)
Oczywiście powyższe tradycyjnie dla Kiki :*, tak jaki całość tego, co tu się pojawi :)
Do napisania, Buziaki :***

P.S. Z nadrabianiem u Was całkiem nieźle mi idzie, więc jeśli jeszcze u którejś z Was nie byłam, na pewno zrobię to w tym tyg. :)


niedziela, 17 marca 2013

2. Nagle tak cicho zrobiło się w moim świecie bez Ciebie....



Nic. Tak zupełnie nic się nie wydarzyło. Nie zapukałeś do drzwi, nie zadzwoniłeś. Nawet nie napisałeś smsa. Zniknąłeś. Odszedłeś. Uciekłeś. Tak,  jakby zamknięcie drzwi naszego mieszkania, zamknęło pewien rozdział w Twoim życiu. Tak, jakby odejście sprawiło Ci ulgę. Jakbyś każdego dnia tylko czekał na mój sygnał, na przyzwolenie pozostawienia mnie samej w naszych czterech ścianach.


Odszedłeś, bo tak było wygodniej. Nie musisz przytrzymywać mi włosów podczas porannych nudności, wozić do lekarza i słuchać moich narzekań, gdy jęczę, że za chwile przestanę się mieścić w ukochane sukienki.


Tak po prostu odszedłeś. Zniknąłeś. Jest tu tak, jakby Cię nigdy nie było. Jakbyś nigdy tu nie mieszkał. Czasem tylko napotykam pozostawione przez Ciebie rzeczy. Wdycham wtedy zapach Twojego żelu pod prysznic, czy przytulam się do Twoich koszul.


Brakuje mi Cię, Rouzier. Brakuje cholernie. Płakałam, szlochałam, gryzłam pięści. Tłukłam szklanki, rzucałam naszymi wspólnymi zdjęciami w ramkach po ścianach. Jakbym chciała wyładować soją całą nienawiść do Ciebie, dać upust negatywnym emocjom. Nie pozbędę się przecież śladów Twojej obecności w moim życiu. Przecież największy jego dowód rozwija się pod moim sercem.


Muszę o siebie dbać, więc dbam. Jem, połykam witaminy, próbuję sypiać. Układam swoje życie. Układam, powoli przyzwyczajając się do Twojej w nim nieobecności. Próbuję Cię zrozumieć, poznać powody, dla których podjąłeś taką decyzję. Próbuję Ci przebaczyć. Próbuję zapomnieć, ale chyba nie potrafię. Wybaczyłam to, że odszedłeś, uciekłeś niczym szczur z tonącego okrętu. Nie wybaczę jednak nigdy tego, że chciałeś zabić nasze Maleństwo.


Kilka centymetrów kruchego ciałka. Nasze pół na pół, skupisko naszych genów. Moje największe szczęście i jednocześnie Twoja porażka. Mimo wszystko wpatruję się teraz zaszklonymi oczyma w ekran, na którym po raz pierwszy je widzę. Mała fasolka. Lekarz delikatnie przejeżdża głowicą ultrasonografu po moim brzuchu. Odczuwam chłód żelu, który jednocześnie rozprowadza we mnie przyjemne ciepło. Szczęście. Dumę. Radość.


Niemal podskakując przemierzam park. Uśmiecham się do przechodzących obok mnie matek z dziećmi. Delikatnie gładzę niewidoczne jeszcze zaokrąglenie mojego brzucha. Czasem pojawia się w moim sercu zadra zazdrości, gdy mijają mnie pary uśmiechające się do prowadzonych wózków. Zdaję sobie sprawę, że za kilka miesięcy będę taki wózek prowadzić samotnie, bez Twojego wsparcia. I chyba coraz bardziej przyzwyczajam się do tej myśli. Do samotnego macierzyństwa. Do samotnego wybierania łóżeczka, śpioszków, samotnych wieczorów przy niemowlęcej kolce.


Przysiadam na jednej z ławek, delektując się ostatnimi promieniami październikowego słońca. Pomaluję ściany w małym pokoju. Na zielono. Będzie radośnie. Kupię białe mebelki i łóżeczko. I koniecznie bujany fotel, w którym będę siadać co wieczór i czytać Maleństwu bajki.


Antonin, wiesz co jest najgorsze? To, że przechodzisz teraz obok mnie z jakąś blondyną w niebotycznych szpilkach. To, że idziesz posyłając jej swój uśmiech. To, że nawet mnie nie dostrzegasz. Mnie, matki Twojego dziecka. Idziesz, tak po prostu idziesz, obejmując ją w pasie.


Po raz setny w ciągu tych kilku tygodni moje serce umiera. Umiera przez Ciebie, Rouzier.



_________________________________________________________

Witam Was :***
Przepraszam, że tak długo mnie nie było zarówno na moich blogach, jak i u Was, ale ostatnio wszystko się mi komplikuje. Po sesji zamiast miec więcej czasu mam go coraz mniej, ale wszystko powoli powinno się teraz unormować, więc obiecuję wszystko nadrobić ;)
Oczywiście powyższe dla Kiki :*

Buziaki :***





środa, 30 stycznia 2013

1. Może tak na prawdę nigdy nie byłeś mój...


Wpatruję się tępo w sufit. Delikatnie gładzę prawą dłonią brzuch. W lewej kurczowo ściskam kawałek plastiku. Biały prostokącik, który na zawsze odmieni moje życie. I Twoje też. Dwie kreski. Nosze pod sercem Twoje dziecko.  Owoc naszej miłości. 

Uśmiecham się, wyobrażając sobie, że będzie miało Twój nosek i oczy. Że będą mu się kręcić włoski, tak jak mi, a codziennie na dobranoc będę mu czytać bajeczkę. Mimowolnie widzę oczami wyobraźni, jak dumny prowadzisz wózek, jak delikatnie głaskasz jego kruchą twarzyczkę. Jak bawisz się z nim, kołysząc na huśtawce. Nasze dziecko.

Jestem zaskoczona. Przecież się tego nie spodziewałam. Przecież się zabezpieczaliśmy. Oprócz tego jednego, jedynego razu. Przecież nie byliśmy na to gotowi. Przecież mieliśmy podróżować. Przecież miałam zrobić podyplomówkę. Przecież mieliśmy tyle planów… A teraz wszystko się zmieni.

Zamiast naszych ciał splecionych w miłosnym akcie, będzie słychać tu tupot maleńkich stópek. Zmieni się. Nasze życie się zmieni.  Ale ja już nie mogę doczekać się tej zmiany. Chciałabym już mieć je przy sobie. Wtulić kruche ciałko w swoje objęcia. Patrzeć na Ciebie,  gdy leży na Twojej klatce piersiowej. 

Słyszę przekręcający się klucz w drzwiach.  Serce zaczyna mi bić mocniej. Słyszę jego dudnienie w klatce piersiowej.  Podchodzisz z tym swoim zawadiackim uśmiechem. Opadasz na kanapę, delikatnie muskasz moje wargi. Opowiadasz o meczu, w zasadzie to paplasz bezproduktywnie, bo nie mam siły skupić się na wypowiadanych przez Ciebie słowach. Zauważasz, że zgłoski, które tak bardzo powinny mnie zainteresować, uciekają w eter. Spoglądasz na mnie, a ja, pod wpływem Twojego niebieskiego spojrzenia, po raz pierwszy w życiu się rumienię.

- Kochanie, co się stało?

Jesteś wyraźnie zmartwiony. Podnosząc głowę napotykam Twój zatroskany wzrok. Niby otwieram usta, ale poruszam nimi bezgłośnie, niczym ryba. No bo jak mam Ci to powiedzieć? Pierwszy raz w życiu zapomniałam języka. Czuję jak w okolicach krtani rośnie mi wielka gula, która blokuje słowa. Nie znałam do tej pory tego uczucia. Ale nigdy do tej pory nie musiałam też nikomu powiedzieć, że zostanie ojcem…

Czuję jak w moich żyłach krew zaczyna krążyć szybciej, tętno serca przyspiesza, a ja wykonuję kilka wdechów. Nie mogę się teraz denerwować. Spoglądam w Twoje oczy, a one przepełnione są strachem. Strachem zmieszanym z troską.


-Antonin… Muszę ci coś powiedzieć. Nie wiem jak to się stało. To znaczy wiem. No, ale przecież ja się tego nie spodziewałam. Ty  też na pewno nie. No ale teraz nie mamy wyboru. Jestem taka zaskoczona. To wiele zmieni w naszym życiu…
- No wyduś to w końcu z siebie!
- Będziesz ojcem… - na potwierdzenie swych słów wysuwam przed siebie test.

Żadnego ‘tak bardzo się cieszę’, ani też ‘to najwspanialsza wiadomość w moim życiu’. Zamiast tego Twoje szeroko otwarte oczy i powietrze ze świstem wciągane do Twoich płuc. Szybko podrywasz się z kanapy i nerwowo przemierzasz pokój. Zaciskasz nerwowo pięści. Siadasz obok mnie na kanapie i zamykasz swoją twarz w dłoniach. Milczysz. Milczysz, a ta cisza krzyczy do mnie. Każda minuta dłuży się teraz niemiłosiernie. Każda sekunda odbija się od wskazówek tykającego zegarka.

- Usuniesz ciążę. Dam ci na to pieniądze.

Tą ciszę, która po raz kolejny tego wieczoru między nami zapanowała przerywa mój śmiech. Jednak po chwili zdaję sobie sprawę, że w cale nie żartowałeś. Kilka słów, które potrafiło zburzyć obrazek stworzony przez mój mózg. Kilka słów, które zmazało obraz naszej szczęśliwej trójki.

- Żartujesz prawda? Do cholery jasnej, ty chyba żartujesz, tak?
- Kochanie, myślę, że tak będzie najlepiej. Nie jesteśmy na to gotowi. Ja nie jestem na to gotowy.
- Ty pieprzony, cholerny egoisto! Ty cholerny dupku, myślący tylko o seksie, a niekoniecznie o jego konsekwencjach! Trzeba było gejem zostać, przynajmniej byś był pewien, że dzieci  z tego nie będzie! 

Krzyczę. Krzyczę tak, jak jeszcze nigdy w życiu. Wyzywam Cię od najgorszych, uderzam niechlubnymi epitetami. W końcu milknę, a tą ciszę przerywa odgłos wyciągniętej walizki i wrzucanych prze ze mnie do niej Twoich ubrań. Chwilę później z moim głośnym 'Spierdalaj raz na zawsze od nas' lądujesz za drzwiami.


Osuwam się delikatnie czując na plecach każdą skazę w fakturze drewna. Zamiast Twoich ramion wtulam się w chłód podłogi. Szlocham. Głośno szlocham, dając upust własnej słabości. Przywiązaniu do Twojej osoby. Jak ja mam teraz żyć. Jak mam wstawać, skąd czerpać siłę.

Nic się nie dzieje. Nie walisz pięściami w drzwi. Nie krzyczysz z klatki schodowej, nie błagasz, żebym pozwoliła Ci wrócić. Nie. Ty tak po prostu odszedłeś. Odszedłeś, jakby moja reakcja na Twoje słowa sprawiła Ci ulgę, jakby kamień spadł Ci z serca. 

Nienawidzę Cię, Rouzier. Nienawidzę. I tak bardzo jednocześnie kocham...



_____________________________________________________________

Witam Was Moje Kochane :)
Oddaję w Wasze ręce Anto, więc czytajcie, komentujcie, oceniajcie ;)
Opowiadanie dedykuję Kice :*** Kochana, chciałaś, to masz :P Anto suk!

Buziaki :***